Przeskocz do tekstu
Czy wiesz że... Do 1945 roku istniała w Lewinie szlifiernia kryształów.

Kocioł.

Sporządzono dnia: 27.11.2007 roku

     Dokładnej daty powstania wioski nie sposób już dzisiaj ustalić. Różne źródła podają w tym przypadku całkowicie sprzeczne informacje. Oficjalnie przyjmuje się że wioska założona została w połowie XV wieku przez właścicieli państewka Homolskiego jako samodzielny folwark. Po jego rozwiązaniu natomiast stał się własnością miasta Lewin.

     Nie bardzo pasuje do tej teorii sprawozdanie z podróży duszpasterskiej biskupa Balbinusa. Wymienia on Kocioł jako miejsce zamieszkania spalonej ok. 1345 r. w Lasku Miejskim czarownicy Bródki Duchacz. Należałoby więc przyjąć że istniały już na tym terenie jakieś samodzielne gospodarstwa, a właściciele Państwa Homolskiego usankcjonowali to tylko oficjalnie, zakładając folwark.

     Również pochodzenie nazwy wioski jest różnie interpretowane. Jedna z teorii wywodzi nazwę od Czeskiego słowa Kutel, czyli kotlina lub kociołek. Również w języku niemieckim brzmi to podobnie - Kuttel. Faktycznie wioska leży w kotlince pomiędzy górami Orlickimi i Wzgórzami Lewińskimi. Druga teoria wywodzi nazwę wioski od działających tu w XIV wieku kotlarzy. Słowo Kutel oznacza w języku czeskim i niemieckim również naczynie - metalowy kocioł. Jednym z takich kotlarzy miał być mąż spalonej czarownicy. Ludność wioski utrzymywała się głównie z rolnictwa i włókiennictwa, a liczba mieszkańców nie przekraczała 20 dorosłych osób. Po likwidacji folwarku w 1660 roku we wsi mieszkało 15 zagrodników i chałupników. W końcu XVIII wieku było w kotle 17 budynków i 18 warsztatów tkackich.

Nieistniejący obecnie budynek Urzędu Celnego. Pewne ożywienie notuje się na początku XIX wieku. Powstał tu urząd Celny z kilkuosobową załogą, a także znakomita gospoda, której budynek istnieje do dzisiaj. Nie bez znaczenia dla wioski było istnienie pobliskiego czeskiego miasteczka Olesnice. Wcześniej ośrodek górniczy - w XIX wieku stał się modną miejscowością letniskową chętnie odwiedzaną przez kuracjuszy z Dusznik i Kudowy.

 Kwiecień 1939 roku w Kotle. Oddziały niemieckie wkraczają do Czech.

 

     W roku 1935 liczba mieszkańców wzrasta nagle do 85 osób. Spowodowane jest to oczywiście narastającym konfliktem z Czechami. Władze III Rzeszy wzmocniły obsadę Urzędu Celnego oddziałem wojskowym. Żołnierzy ulokowano w nowo wybudowanych budynkach w pobliżu granicy. Po 1945 roku budynki te przejęły Wojska Ochrony Pogranicza.

     Po II wś. miejscowość wyludnia się i podupada. Z notowanych jeszcze w 1950 roku 8 gospodarstw istnieją dzisiaj jedynie dwa. Po likwidacji placówki Straży granicznej i otwarciu turystycznego przejścia granicznego do Czech wioska stała się dzisiaj bazą noclegową i letniskową Lewina.

Sporządził: Witold Kisza

Do góry

Zamek Homole i Rycerze - Rabusie.

Sporządzono dnia: 02.03.2007 roku

Zamek Homole zwany też błędnie zamkiem Lewińskim leży w połowie drogi pomiędzy Dusznikami i Lewinem. Z powodu charakterystycznego kształtu góry przypominającego gomółkę sera – po Czesku homolka – nazwany został Gomoła lub też Homole.

Z racji swego położenia – wzgórze o wysokości 733 m npm. - panował nad jedną z dróg handlowych z Pragi do Wrocławia, zwaną później „polską drogą”. Dlatego też na przełomie X i XI wieku założono tu podobną do Lewińskiej strażnicę strzegącą przejazdu przez przełęcz. Początkowo budynki strażnicy były drewniane, a strażnica miała załogę okresowo zmienianą. Dopiero kiedy właścicielem terenu stała się pod koniec XIII wieku pochodząca z Łużyc rodzina Panwitz (Panowicze) zamek wchodzi w okres swojej świetności. Panwitzowie rozpoczęli budowę kamiennego zamku z wolnostojącą cylindryczną wieżą o wysokości ok. 30 m i murami o trzymetrowej grubości. Cały kompleks zamku otoczono murami obwodowymi. Pierwszym wymienionym w dokumentach właścicielem zamku zwanego ówczas Landfriede był Tyszko Panwitz. W piśmie tym, datowanym na 1366 rok opisany jest stan „Państewka Homolskiego”. Do właścicieli zamku Landfriede należą miasta Duszniki i Lewin oraz 21 okolicznych wiosek.

Jak wielu feudałów w tym okresie, również rodzina Panwitzów stawiała się ponad prawem. Członkowie tej rodziny nie gardzili rozbojem i grabieżą. W latach 1387-1388 toczyli spór z mieszczanami Kłodzka, związany z pobieraniem zbyt wysokich opłat celnych. Spór zakończył się podpisaniem formalnego układu. W 1410 roku Panwitzowie schwytali w Lewinie księcia brzesko-legnickiego – Ludwika II. Książę wypuszczony został dopiero po złożeniu wysokiego okupu zapłaconego przez radę miejską Brzegu.

Lata późniejsze także nie zmieniają charakteru władców Homoli, chociaż zmieniają się ich nazwiska. Kolejno panują tam rody von Janowitz i von Lazan. Około 1424 roku włodarzem zostaje Mikołaj Trczka – zwolennik Zygmunta Luksemburczyka. W okresie tym przez nasze tereny przetaczają się fale wojny Husyckiej. W roku 1428 wzięty głodem zamek upada i poddaje się wodzowi husytów – Piotrowi Polakowi. Ale już w 1432 roku zmieniwszy poglądy i religię powraca na zamek Mikółaj Trczka – tym razem jako husycki hejtman. Potem komendantem zostaje inny husyta – Jan Kolda. W 1445 po klęsce Koldy Państwo Homolskie staje się własnością Hynka Krusyny, który również lubił wyprawiać się na karawany kupieckie. Po śmierci Hynka – w roku 1454 zamek przejmuje jego syn Wilhelm. Ten sprzedaje zamek wraz z przyległymi terenami Jerzemu z Podiebradów.

W 1477 roku po włączeniu państewka homolskiego do Hrabstwa Kłodzkiego zamek przejmuje pochodzący z Górnycj Łużyc rycerz Hildebrand Kaufnung. Ostatni z tej rodziny – również Hildebrand – zajmuje się również rozbojem. Schwytany w 1534 roku zostaje wywieziony do Wiednia i tam stracony. W następnych latach zamek często zmienia właścicieli. Ostatecznie w 1594 roku zamek i należące do niego miejscowości stają się własnością cesarską.

Zamek pustoszeje i powoli zamienia się w ruinę. Na terenie Homola w latach 1810 i 1965 prowadzono prace archeologiczne – ale znaleziono jedynie fragmenty ceramiki. Do dzisiaj zachował się jedynie niewielki fragment kamiennej wieży.

 

Opracowałem na podstawie książki „Rycerze – Rabusie ze Śląska i Łużyc”. Autorzy Robert Primke i Maciej Szczerepa.

Sporządził: Witold Kisza

Do góry

O Białej Pani i skarbie z zamku Homole.

Sporządzono dnia: 02.06.2006 roku

Na północ od drogi prowadzącej z Lewina do Dusznik leży góra zwana Lewińskim Zamkiem. Na górze tej stoi rzeczywiście warowny zamek, zwany przez mieszkańców okolicznych wsi Homolą, zapewne ze względu na kopulasty kształt góry. Zamek ten miał strzec całej okolicy przed zbójcami, którzy licznie grasowali wśród gór, napadając na przeciągające tabory kupieckie. Ów gród na Lewińskim Zamku zamieszkiwał niegdyś pewien możny pan wraz z piękną małżonką, miłą mu nade wszystko. Ale pani nie tylko nie odwzajemniała mężowi jego uczucia, lecz zdradzała go z młodym i pięknym rycerzem-rozbójnikiem Hradyszem. Występnej parze rychło zaczął przeszkadzać zdradzany mąż, przeto postanowili go zgładzić. Pewnego dnia, gdy pan zamku spoczywając w swojej zbrojowni, zdrzemnął się nieco, żona jego pochwyciła sztylet i wbiła mu go w serce. A zaledwie pogrzebano nieszczęśliwego, już odbyła się uroczystość weselna, bynajmniej nie pogrążonej w żałobie wdowy z rycerzem Hradyszem. Ale i Hradysz nie był szczery wobec swej kochanki, a obecnie żony. Nie miłość, lecz chciwość ciągnęły go ku niej, nie dla niej, lecz dla jej skarbów ją poślubił. A że miał on inną kochankę, dziewczynę, którą szczerze kochał i z którą naprawdę chciał się połączyć, niewiele czasu upłynęło, a odpłacił swej żonie postępek tą samą monetą. Pani na Lewińskim Zamku zginęła, prze-bita sztyletem przez męża-rozbójnika. Ciało występnej pochowano na wzgórzu zamkowym obok zamordowanego przez nią pierwszego małżonka. Wkrótce jednak rozeszła się między ludem wieść, że nie zaznała ona spokoju, że zjawa jej błądzi o północy po okolicznych lasach, przybrana w białą szatę, ze sztyletem i pękiem kluczy w ręku.

Minęło sto lat od opisanych wydarzeń. I wtedy to spotkał zjawę pewien biedny drwal, który poszedł nocą do lasu, aby znaleźć pożywienie dla swych głodujących dzieci. Słodkim głosem, w całym blasku swej nieziemskiej urody, zaczęła go błagać, aby ulitował się nad nią i zdjął z niej czar. Tylko raz na sto lat bowiem przez siedem dni mógł ją ktoś odczarować, a termin ten miał właśnie upłynąć pojutrze. - Jeżeli zechcesz mnie odczarować - mówiła - pojawię ci się jeszcze jutro, ale nie taka jak dziś, lecz w postaci ohydnej żmii, z pękiem kluczy w pysku. Nie bój się jednak, owa żmija nie będzie miała mocy czynienia zła komukolwiek. Zabij gada i odbierz mu klucze, a będę wyzwolona!

Drwal oczarowany piękną zjawą zgodził się. Ale nazajutrz, gdy w tym samym miejscu rzeczywiście zobaczył straszną żmiję sunącą ku niemu, opuściła go odwaga i uciekł. Pani Lewińskiego Zamku była skazana na dalsze sto lat pokuty. Podobno, po stu latach znalazł się jednak jakiś odważny człowiek, który celnym ciosem sztyletu zabił żmiję i wyrwał jej klucze z pyska. Ciało gada rozsypało się w proch, z prochu zaś uleciał w niebo śnieżnobiały gołąb, dusza nieszczęśliwej pokutnicy. Uzyskane klucze otworzyły śmiałkowi podziemia Lewińskiego Zamku, gdzie znalazł niezmierne skarby. Oszołomiony ich widokiem biedak nabrał do torby trochę najcenniejszych klejnotów, obiecując sobie wrócić potem po resztę, ale w podnieceniu zgubił gdzieś czy zostawił owe czarodziejskie klucze wyrwane żmii i nigdy już nie zdołał nawet trafić do miejsca, gdzie znajdowało się wejście do podziemi. Ale i ta cząstka skarbów którą zdołał wynieść, uczyniła go bogatym na całe życie.

Czasami okoliczna ludność mówi, że skarby pani Lewińskiego Zamku mogą być jeszcze przez kogoś zdobyte. W pobliskim lesie leży pono ukryty sztylet, który już trzy razy służył niegdyś jednemu z małżonków do zgładzenia drugiego. Gdy ktoś znajdzie ów sztylet, przemieni się on w klucz, który otworzy szczęśliwcowi przejście do podziemi wypełnionych skarbami.

Sporządził: Witold Kisza

Do góry

O spaleniu czarownicy.

Sporządzono dnia: 17.10.2009 roku

We wsi Kocioł żył na początku XIV wieku pewien garncarz imieniem Duchacz. Był spokojnym i pracowitym człowiekiem, ale jego żona imieniem Bródka słynęła w całej okolicy jako czarownica, która się z samym diabłem kumała. Gdy doszło to do uszu miejscowego proboszcza, ten postanowił odprawić nad nią egzorcyzmy. Bródka unikała wprawdzie spotkania, ale w końcu ksiądz natknął się gdzieś na nią i rozpoczął swoje modły. Na drugi dzień Bródka zmarła nagle. Jako czarownicę pogrzebano ją nie na cmentarzu, lecz na rozstajnych drogach, jak to było w zwyczaju.

Ale dopiero po jej śmierci zaczęły się dziać straszne rzeczy. Zmarła ukazywała się pasterzom pod postacią ogniem zionącej krowy, strasząc ich nocami i rozpędzając bydło. Z czasem zaczęła się też ukazywać w ludzkiej postaci, przybierając swoje własne oblicze lub oblicze innych ludzi; odwiedzała mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi, rozmawiała z nimi, straszyła ich, a nawet przyprawiała o utratę życia. Chcąc temu zaradzić chłopi okoliczni wezwali doświadczonego człowieka, który wykopał zwłoki.

Okazało się, że zwłoki były nie uszkodzone, a czepiec, który zmarła miała na głowie, tkwił na wpół zżarty w jej ustach. Ciało przebito na wylot dębowym kołkiem (a wypłynęło przy tym tyle krwi, co z żywego człowieka) i zagrzebano z powrotem. Ale i po tym upiór nie przestał się ukazywać, strasząc i zabijając ludzi w okolicy; gdy ktoś przerażony padał na ziemię, zjawa deptała po nim, wyciskając zeń ostatni dech.

Wówczas wykopano zwłoki po raz drugi. I tym razem stwierdzono dziwną rzecz: zmarła trzymała w rękach wyciągnięty z ciała kołek. Spalono zatem ciało czarownicy a popioły zmieszano z ziemią i zagrzebano. Wtedy dopiero straszne zjawiska przestały się ukazywać i tylko w wyciu zrywającej się niekiedy wichury słyszeli mieszkańcy tych stron jakieś upiorne głosy.

 

Tłumaczenie to pochodzi z książki "Podania dolnośląskie" autorstwa Krzysztofa Kwaśniewskiego. Serdecznie dziękuję autorowi za zgodę na zacytowanienie tej legendy.

Sporządził: Witold Kisza

Do góry

ZNIKAJĄCA WIOSKA

Sporządzono dnia: 25.04.2006 roku

     Pomiędzy wioskami Leśna i Zielone Ludowe na wzgórzu Grodczyn /niem. Ratschenberg/ przez około 100 lat istniała sobie niewielka wioseczka o nazwie Grodziec lub Raczyn. Swą niemiecką nazwę Ratschenberg zawdzięczała wspomnianemu wzgórzu. 

     Założona w połowie XIX wieku liczyła 11 domów. Zamieszkana była przez ubogich rolników. Administracyjnie podległa miastu Lewin, wyludniać się zaczęła po II wojnie światowej. Ale do dziś żyją w Lewinie ludzie, którzy tam mieszkali i prowadzili niewielkie gospodarstwa. Wioska istniała mniej więcej do końca lat 50 XX wieku.

     Ja sam już tej wioski nie pamiętam. W dziecięcych latach jednak podczas wypraw na grzyby często tamtędy z moim ojcem przechodziłem. Wzdłuż nie do końca zarośniętej jeszcze drogi stały ruiny budynków i dosyć dobrze zachowanych piwnic. Bardzo mnie wtedy te ruiny ciekawiły. Być może dlatego szczególnie wiele uwagi i czasu poświęciłem na wyszukanie wszelkich dostępnych informacji o tej wioseczce. I wtedy po raz drugi wciągnęła mnie ta historia.

     Wioska istniała realnie – znam kilka osób, które tam się po wojnie osiedliły. Opowiadano mi o Racimbergu – bo tak spolszczyli nazwę na własny użytek jej mieszkańcy. Istnieją stare mapy i książki w których nazwa miejscowości występuje. Ale przy dosyć intensywnym poszukiwaniu dokumentów stwierdziłem rzecz zaskakującą. Na papierze - w sprawozdaniach urzędników wioska ta nie istnieje. Nie ma jej w wykazach przesiedleńców i osadników, choć sołtysi musieli co tydzień składać pisemne wykazy napływającej ludności. Nie ma żadnego raportu sołtysa tej wioski. Nie ma jej w wykazie powołanej po wojnie Gminy zbiorowej Lewinowo. Brak też wykazu wysiedlonych stamtąd w 1946 roku Niemców.

     Można by to wytłumaczyć wszechobecnym po wojnie bałaganem, ale podobne rzecz ma się z dokumentami niemieckimi. Tylko w wykazach urzędu skarbowego Cesarstwa Niemiec z 1895 roku znalazłem informację o liczbie budynków i mieszkańców. I podobnie sprawa przedstawia się już po wojnie. Nieistniejąca wioska znalazła się nagle w wykazach obowiązkowego kontyngentu podatkowego za rok 1947. I potem znowu żadnej wzmianki.

     Nasuwa mi się tylko jeden wniosek. Wszyscy mogą zapomnieć o obywatelu, a nawet o całym rejonie kraju. Urząd skarbowy jednak pamięta i znajdzie podatnika zawsze. Nawet w takiej znikającej wiosce.

Sporządził: Witold Kisza

Do góry
Zaluguj
~